O tym, na czym znam się najlepiej.

Tym razem nie będę narzekał na Polskę, nie będę pisał o reklamach, nie zdemaskuje żadnych autobusowych pokerzystów ani nie wspomnę słowem o polskim szkolnictwie. A już na pewno nic nie zrymuje, nawet nie proście. Napiszę o tym, na czym znam się najlepiej. Wbrew pozorom to nie jest pisanie blogów, jest to praca DJ'a.

Skoro kliknęliście z własnej woli, lub ktoś Was zmusił ale już to jesteście, chciałbym przybliżyć Wam czym zajmuje się z powodzeniem od 4 lat, o blaskach i cieniach tego zawodu. O stereotypach oraz o moim odczuciu względem nich. I dlaczego chcę abyście później napisali swoje odczucia w komentarzach.



Zacznę od stereotypu, bo właśnie go powinno się obalić pierwszego. Jaki jest stereotyp DJ'a? Jeśli zasięgniemy opinii Noonsensopedii i zaczniemy humorystycznie, to możemy przeczytać, ze:

DJ dyskotekowy – lansujący się gość, stojący przy sprzęcie, którego nie potrafi obsłużyć.

Co chwilę wrzeszczy do mikrofonu Jazda, jazda!, Rączki w górę! lub Everybody klaszczą!, co jest przejawem wieloletniej nauki języków. U dwunastoletnich dziewczynek, umalowanych na stare panny, powoduje rzucanie nieświeżymi stringami, piski typowe raczej dla orangutanów oraz charakterystyczne, arytmiczne skakanie.


No cóż, można i tak. Oczywiście jest to przejaskrawiony obraz DJ'a, ale wiele osób wciąż uważa, że jest to trochę zbliżony do oryginału opis. Niestety, jeśli ktokolwiek z Was tak uważa, muszę Was rozczarować. Oczywiście, nie odpowiadam za wszystkich kolegów po fachu, ale stereotyp wyżelowanego DJ'a jeżdżącym mocno oszpeconym Volkswagenem Golfem lub Mitsubishi Carismą z bardzo rzucającą się w oczy z tyłu naklejką "Pioneer" jest strasznie.. nieprawdziwy. W większości to bardzo inteligentni i "rozgarnięci" ludzie, z pasją jaką jest muzyka klubowa. Pasjonaci, nie lanserzy.

Blaski? To można wymieniać bez końca, zacznę od najważniejszych. Uczucie, uczucie jakie daje cała sala ludzi przed Tobą i to nie ważne czy to jest 100, 1000 czy 10 000 osób. Jeśli ludzie zajmują każdy metr kwadratowy parkietu to jest największa nagroda dla DJ'a, bez względu w którym zakątku świata i w jak wielkich klubach i dyskotekach.

Większość DJ'ów na imprezach nagrywa tzw "sety" (Dla osób niezapoznanych z terminologią, jest to poprostu nagrany krótki kawałek imprezy, jak DJ grał tego dnia, zazwyczaj około godzinny), które później legalnie lub nie lądują w otchłani internetu, podane na tacy dla klubowiczów aby mogli oni je ocenić. Pochlebne komentarze i rosnąca liczba "lajków" to dowód na to, że nasza praca nie idzie na marne.

Mógłbym wymienić jeszcze wiele pozytywnych stron tej pracy, ale skupie się na cieniach, bo wbrew pozorom jest ich wiele. Pierwszy z nich to trening, wielu osobom wydaje się, że praca DJ'a to łatwa robota. Mają racje - wydaje im się. Po pierwsze, trening. Trening trwa nie godzinami, dniami a miesiącami. Mijają miesiące zanim ktoś pozwoli nam pokazać swoje umiejętności szerszej publiczności. O ile ktoś nam pozwoli je zaprezentować, co też nie jest do końca pewne.

Mówiąc o klubowiczach, będę zwracał się do Was/Ciebie drogi czytelniku, z góry założę, że jesteś bywalcem klubów i dyskotek i musicie mi wybaczyć takie zachowanie. Ludzie nie tylko przysparzają wielu radości i uśmiechu na ustach DJ'a, ale także wiele zszarganych nerwów i refleksji nad wycofaniem alkoholu z klubów.

Nie ukrywajmy, alkohol ma swoje działanie, na zachowanie, na postawę, na mowę etc.. I nie ukrywajmy, że w dyskotekach i klubach alkohol jest spożywany w ilościach co najmniej hurtowych w skali całego klubu.

Alkohol prowadzi do powstania, nazwanej przez aktora Roberta Więckiewicza "Pragęby". Kto nie zna tego terminu, wyjaśniam, że jest to czas kiedy w głowie wszystko jeszcze działa w porządku ale aparat mowy nie wyrabia się na końcu z artykułowaniem wyrazów, i powstaje coś w stylu "Cześc DJ! Puść fajną piosenkę! David Gueeeeaaaaaaaeaaaaaaaaaaaa!" Pod koniec zdania wydaje się DJ'owi, że pojawił się pewnego rodzaju atawizm i klubowicz zaczyna artykułować prośbę językiem swoich przodków.

Kolejna wada, również związana a trunkiem wysokoprocentowym, a mianowicie syndrom człowieka renesansu. Części osób po spożyciu alkoholu włącza się wachlarz nowych umiejętności, i próbują przekonać DJ'a że to oni powinni stać teraz na jego miejscu i to oni zrobią to lepiej. Takie osobniki nie przeszkadzają, dopóki stoją wystarczająco daleko, leczy gdy ktoś wyciąga ręce i próbuje dopaść się do drogocennego sprzętu zaczyna to być bardzo irytujące. Taki pan (zazwyczaj) koniecznie chce udowodnić, że minął się z powołaniem i to on powinien zabawiać publikę na całym świecie od Pekinu do Ibizy. Próbuje przekonać mnie, że on za chwile urządzi tutaj taką imprezę, że kury w wioskach w promieniu 100km nie zniosą przez tydzień jajka z wrażnia jego niesamowitych umiejętności, błąd. Proszę się realizować artystycznie, ale za drzwiami klubu.

Bajki typu "Znam szefa" zaliczam do tego samego tomiku co "Ja za 5 minut wychodzę, puśc mi tą piosenkę" i "Już tu nie pracujesz", no cóż, gdyby szef był takim przyjacielem tych wszystkich ludzi to musiałby mieć więcej znajomych niż natemat.pl kliknięć "Lubie to!" i to ze wszystkimi utrzymywać kontakt prawie, że rodzinny.

Niestety, to trapi każdego z nas i jest nagminne, szczególnie w Polsce. W Polsce DJ jest Twoją szafą grającą, no cóż, jeśli ktoś mi będzie płacił dziennie tak jak za nową szafę grającą to mogę siedzieć u niego w domu i grac tak, jak on uważa, ale to klub mnie zatrudnia i dbam o dobro klubu.

Jest takie powiedzenie "DJ gra dla ludzi, nie dla siebie" Oczywiście, dla ludzi, ale nie dla jednego człowieka.

Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca, i włączycie się do dyskusji, jak z Waszej perspektywy to wygląda, z perspektywy klubowiczów? Oczywiście nie odpowiadam za wszystkie kluby i wszystkich DJ'ów w Polsce, lecz myślę, że ten opis na górze jest w miarę, miarę ogólny. Zapraszam do dyskusji.


Tomasz Rozwadowski
Trwa ładowanie komentarzy...